Przejdź do głównej zawartości

Ale Mama, wyluzuj... odpuść to! A jeśli samo odpuszczenie, to jednak za mało?

Gdy po raz kolejny, przegrywasz niespełna godzinną walkę przemyśleń dnia minionego i usypiasz zmordowana przed północą, by następnego dnia znów ujrzeć na zegarze 9:00...wstać
...człapiąc pomiędzy kuchnią, w celu nastawienia czajnika na rozruchową kawę, a łazienką, by wzrokiem zachaczyć pobieżnie pokój Syna i zostać przywitanym przez armagedon porozrzucanej mokrej pościeli oraz piżamy, z samym zaś Sprawcą, schowanym, od niewiadomie długiego czasu, z lodowatymi stopami, pod kocem w tipi, który na dzień dobry rzuca "co mogę zjeść?" demonstrując przy tym z krzywą miną swoją pierwszą tego dnia dezaprobatę, już wiesz...
...jaki fantastycznie przekorny dzień pełen wyzwań Cię czeka 🤦
...chaotycznego potykania pośród rozpadającego się planu, kombinowania  z wyjściem, przedzierania przez porozrzucane wszędzie zabawki, ucieczki na widok obiadu, histerycznych symfonii, niespodziewanej sprzeczki, zmęczenia i wypalenia...

... dzień, jak co dzień...

Bez szans na zmiany, cienia wątpliwości, nadzieji na lepsze jutro...

...a gdyby tak??? 🤔

No właśnie...

Gdyby tak całkowicie przestawić się na inny tor myślenia i działania...

Gdy wszelkie stosowane metody się nie sprawdzają, należy wdrożyć zupełnie odmienne, nowe...a może i nie do końca nowe, lecz od dawna niepraktykowane. Takie, które odeszły w zapomnienie z chwilą, gdy przestały być funkcjonalne.
Nadchodzi taki moment, gdy uświadamiasz sobie, że cały swój dotychczasowy plan i życie, musisz przeorganizować do punktu wyjścia... ustawić wszystko od zera...po czym nauczyć się funkcjonować od nowa...

Trochę podobnie jest z moim dzisiejszym postem...teraz, gdy próbuję go dokończyć; kolejny wieczór z rzędu siadam i chcę coś napisać... zaczęłam we wtorek, gdy już kompletnie zabrakło mi sił i doszłam do wniosku, że nie dam rady sklecić nic sensownego...totalna bezsilność wobec dnia codziennego i absolutnie zero pomysłu na temat 🤐

Olać to...po całym dniu walki i histerii, Książę wreszcie zasnął... mieszkanie posprzątane...jest 20... jeszcze co najmniej 2 godziny do wyjścia z psem i zanim M wróci z pracy...aaa, obejrzę jakiś film...raz można obejrzeć coś samemu i się odstresować...to odpalam kompa...i dumbo...nie ma neta...poprawiam antenkę; dalej nic...reset kompa...nadal dno🤦
Wkurzona, zniesmaczona, wlokę się do kuchni po coś do picia... wyciągam jeden z większych kubków i szykuję ulubiony ostatnio napój: gorące mleko z imbirem, czosnkiem i miodem...siadam z kubkiem w kuchni przy stole...i jest...czemu nie 😉
...kiedy wszystko się wali i nie idzie tak, jakby się chciało, to co właściwie zrobić???

Wkurzać się... usiąść i płakać... odpuścić...

No właśnie... odpuścić sobie wszystko...a zainteresowanie ograniczyć do rozsądnego minimum...

...świata nie zbawię...na siłę nic nie ugram...nie mogę wymuszać...a tylko się wykańczam 😵

Stworzyć schemat doskonaly...a właściwie bardziej jego brak... jedynie kilka prostych reguł...więcej luzu, więcej śmiechu, więcej odpuszczania.

Jeśli naprawdę Ci zależy i chcesz naprawić coś, co się zepsuło...nie ważne, jak bardzo...zatrzymaj się w miejscu, wróć do samego początku i zacznij od nowa!

Nie mówię, że u każdego to zadziała i tak należy zrobić... wszystko zależy od tego, w jakim miejscu się stanęło i co zawodzi...ale...

...gdyby tak się zastanowić, to punkt, w którym się obecnie zatrzymało, ma jakiś swój początek...a czasem i wszystko sprowadza się do tego początku...

...bo np.nieskuteczność metod wychowawczych, wynika poniekąd z bezsilności i zmęczenia niesfornością, sprzeciwiali, sprzeczkami w związku...
Każde, jednorazowe potknięcie, niepowodzenie i odstępstwo od wyobrażeń idealnego życia, frustruje, dobija, odbiera siły... więcej stresu, więcej krzyku, więcej kłótni z Partnerem... wszystko zaczyna jakby ciążyć i pozbawiać sił, chęci, optymizmu...każdy dzień wlecze się tak samo....

A teraz się zatrzymaj!
Wróć myślami do początku swojego związku...tego, z którego powstała Twoja Rodzina... przejdź w myślach przez ten cały szereg szereg zdarzeń i sytuacji, które zaprowadziły Cię do miejsca, w którym obecnie jesteś...co po drodze się popsuło...jakie reakcje były dobre...co powoduje największy stres...
Teraz pozbądź się tego, co szkodliwe...
...wyrzuć z siebie i powiedz to komuś głośno...albo przelej na papier...zapomnij...albo skup się na tym...ale nie pozwól temu sobą zawładnąć i unieruchomić w martwym punkcie...zrób z tego użytek i przekształć w coś zupełnie nowego...zbuduj na tym swoje nowe życie, bazując na jego najlepszym początku...na początku Twojego Związku.
Każdy zaczyna się pięknie...pełen pasji, planów i entuzjazmu.
Ten, który po drodze gdzieś się czasem zatraca, zmienia, przygasa...od Ciebie zależy, na ile pozwolisz mu przygasnąć.
Jeśli Ci zależy, ratuj wszystko.

Przypomnij sobie pierwsze spotkania, miesiące, najlepsze lata. Każdą z tych pięknych chwil...do których tak rzadko się niekiedy wraca w myślach.
Wszystko to, co wzbudzało w Tobie taką radość.
...i teraz wróć do tego w rzeczywistości...w codziennych chwilach, słowach, gestach...
...gdy z takim zaciekawieniem i pasją wymienialiście się zdaniami, przeżyciami...
...potem budowaliście swoje życie z zapałem i nadzieją, by dążyć do idealnego życia, wspaniałej Rodziny i sielanki, niczym z filmu...

Wszystko jest możliwe!
Ale wszystko zaczyna się w głowie!

Jeśli zaczniesz od polepszania relacji w Związku, stopniowo zacznie zmieniać się Twój humor i nastawienie... wszystko zacznie przychodzić łatwiej... zaczniesz zauważać zmiany na lepsze pod każdym względem.
Codzienna opieka nad Dziećmi stanie się przyjemniejsza, mniej stresująca, a zarazem mniej wykańczająca... 
każda przeciwność losu będzie łatwiejsza do pokonania, jak wtedy, gdy na początku Oboje wbrew wszystkim i wszystkiemu tak dziarsko brnęliście przez życie...by być razem...by było idealnie.
Mając w sobie taką radość... tamtą radość... wiesz, że jesteś w stanie zrobić wszystko.

Słowa, które powtarzam sobie od przeszło 2 lat...
...ale które w moim życiu nie potrafiły nigdy zafunkcjonować na dłużej, niż kilka chwil do pierwszej sytuacji stresowej.
Można być świetnym psychologiem, bezbłędnie doradzać innym, znać schemat postępowania i zakamarki cudzej psychiki...
...ale być w tym wszystkim wyjątkiem od reguły... kimś, na kogo te perfekcyjne metody nie działają...
Po części z charakteru, po części z doświadczeń i niemożności zapomnienia.
Umieć wybaczyć, ale nigdy zapomnieć, dobijając się każdego dnia od nowa z obezwładnienia beznadzieją...nie móc wydostać się z pułapki, z której tak usilnie próbuje się uciec.
Jak powiedzieć "dość"?
By te myśli zatrzymać przy sobie na dłużej i zacząć nimi oddychać z każdym rankiem?
Co takiego właściwie musi się wydarzyć?
Jak stworzyć nowy plan i wcielić go w życie?

Tyle czasu bezskutecznie szukałam odpowiedzi...aż przyszło samo...

Ale wracając do piaania...

Udało mi się napisać raptem parę zdań... przyszedł Brat pogadać... wrócił M...i pisanie poszło w odstawkę.

Środa rano znów ten sam chaos...9:00...Młody bez pizamy... kałuża na środku i zalane tipi...nie ma, wszystko do prania i mycie podłogi od rana...i tak chciałam to zagracające pokój tipi złożyć... teraz koniec... dość...
...i to był chyba ostatni atak bezsilności, złości i wykończenia... poddałam się i odpuściłam sobie wszystko..a niech się dzieje, co chce, bo gorzej już być i tak nie może.

...i to był przełom...
Po miesiącu, gdy Młody poza suchą bułką, paluszkami serowymi, parówkami, jogurtami, płatkami z mlekiem, bananami, jabłkami i żurawiną, nie jadł normalnego obiadu, na widok którego wpadał w histerię uciekając z kuchni i rzucając, czym popadnie że złości...proszeniem, żeby zjadł, kombinowaniem, wymyślaniem, złością i bezsilnością... wreszcie skubnął pół klopsika...bez proszenia i nawiania...nie chcesz, nie musisz jeść, ja siadam i będę jeść, więc jak masz ochotę, to zapraszam, smacznego...po pół godziny prawie, ale przyszedł, gdy Matka wyszła z kuchni wieszać pranie 😅
Dla kogoś, to nic...dla mnie, ogromny przełom 💪👍 niepohamowana radość i euforia...humor się poprawił...a potem już poszło 😉

Gdy ponad rok temu, M zaczął tą pracę, musieliśmy się z Młodym nauczyć nowego schematu dnia...zaczęły się poobiednie drzemki... niestety 2/3 godzinne, przez co o godz.21 jeszcze był pełen energii...z czasem zaczęto mi to odpowiadać...te nudne, samotne wieczory w oczekiwaniu na Jego powrót dłużyły się w nieskończoność...ten czas wypełniał mi Syn...w czasie drzemki mogłam zająć się bezkolizyjnymi pracami domowymi albo też uciąć sobie drzemkę.

Jednak, im dłużej to trwało, Młody stał się bardziej marudny i zbuntowany, tym bardziej zaczęło mi to ciążyć... chciałam po prostu, by szybciej poszedł spać i mieć wieczorem chwilę wytchnienia dla siebie, przed powrotem M, by z Nim spokojnie spędzić choć chwilę przed spaniem.
Brakowało sił i chęci... coraz mniej czasu spędzaliśmy razem...po 22/23 padałam wykończona.

Dopiero miesiąc temu, udało się przeorganizować wszystko tak, by pominąć drzemki w ciągu dnia... przemęczyć się z Jego foszkami i po 19 już ułożyć do spania... ciężko, stresująco, ale idzie...
Choć teraz w ciągu dnia często padam i Młody czasem też się pokłada, nie dajemy za wygraną...prace domowe wykonuję bez spiny z udziałem lub marudzeniem Młodego, biegając pomiędzy obowiązkami, a Jego wołaniem...wymyślamy kolejne zajęcie lub idziemy na godzinkę na dół, do Rodziców albo Dziadków, w ostateczności kładziemy się na kanapie u nas i oglądamy wspólnie bajkę...grunt, że razem, jest miło i spokojnie... potem do kąpania i spać...max 20 mam czas już tylko dla siebie.
Ale w dalszym ciągu, po 22 i powrocie M z pracy, nie mam na nic siły... marzę tylko o łóżku...szybka wymiana zdań, relacje z pracy, do mycia i spać.
...i znów jesteśmy coraz dalej...
Nie spędzamy czasu razem, tylko ja zajmuję się dzieckiem... zmęczenie, frustracja, złość, poczucie niesprawiedliwości i tej cholernej samotności w każdym aspekcie tego trudnego, męczącego, beznadziejnie szarego rutyną i monotonii życia.

Dzwonią do Niego koledzy, wychodzi, jedzie...wraca po godzinie, półtorej, czasem dwie... wściekałam się, choć w sumie nie mam prawa...
...bo to dobrze... że ma znajomych, że wychodzi do ludzi... inaczej by zwariował tak, jak ja...nie bronię Mu tego, bo nie umiem, nie chcę, nie powinnam...

Mnie ktoś skutecznie "odzwyczaił" od koleżanek i spotkań... choć często mówię, że chciałabym mieć choć jedną dobrą koleżankę i gdzieś wyjść, to tak naprawdę doszłam do wniosku, że poza takim przymuszonym przyzwyczajeniem do wyobcowania i odizolowania, szczerze nie mam takiej potrzeby...nawet próbowałam...
...ale po takich spotkaniach, zawsze wracam wkurzona, zniechęcona i utwierdzona w przekonaniu, że faktycznie "posiadanie koleżanek nie jest mi do niczego potrzebne" (te słowa tkwią w mojej głowie do dziś; po tak wielu, bo aż po 10 latach) 😓...
...rozmowy o dzieciach, ich osiągnięciach, małżeństwach i jakże ważnej roli zdrowego odżywiania 🥵
...wszyscy tacy healthy and fit, pro-eco, pro-life, poprawni, ułożeni, z priorytetami i osiągnięciami.

A co my mamy?
Rozwody, widzenia, alimenty, sprawy sądowe, piętno zdrady, złą opinię przez durne plotki i wymysły, pięterko u Dziadków, życie na kocią łapę, nieślubne dziecko i bagaż śmierdzących doświadczeń, a na dokładkę depresje, paranoj3, strach, przeczulenie, przewrażliwienie i chwile własnej walki...
...jednym słowem nie mamy nic, poza zlepkiem problemów i beznadziejnych zdarzeń...

...ale mamy oprócz tego, jeszcze te niezwykłe chwile, szalone, niepowtarzalne, dzikie i pokręcone, niczym z filmów...chwilę, których nie zabierze nam nikt.

I do tych chwil, zawsze wracam i wracać będę...to one podnoszą, gdy braknie sił... dają poczucie, że choćby nie wiem, jak beznadziejnie teraz było, warto walczyć dalej... przeszliśmy już tyle tak niezwykle trudnych rzeczy, że cała reszta, to pikuś...skoro nic nas nie złamało do tej pory, to już nas nie złamie i ze wszystkim damy radę...

Tylko czemu się o tym zapomina i pozwala rutynie zabijać wszelką radość z każdego  wspólnego dnia, odchodząc po cichu, by żyć w pojedynkę?

Koniec!

Już czas najwyższy wszystko zmienić.
Przywrócić do życia tą radość, pasję, dzikość, namiętność, otwartość i chęć czerpania garściami z każdej chwili spędzonej razem!
Tworzyć Team Idealny...który niczym burza przejdzie przez to życie, pozostawiając za sobą w każdym miejscu tęczę.

Tak powinnam...
Tak chcę...
Tak będę...
... ŻYĆ.

Przestać patrzeć, gonić i zwracać uwagę na to, jak żyją inni, jakie odnoszą sukcesy, czego się dorobili...co się powinno, a czego nie...jak wiele rzeczy szkodzi i co jest najzdrowsze.
Gdy tak się człowiek nasłucha i naobserwuje, zaczyna wariować... gubić się... mieć poczucie, że nie jest wystarczająco dobry...na siłę szukać sposobu, by stać się lepszym, dorównać innym, sprostać oczekiwaniom społeczeństwa i panujących trendów.

Nie, nie, nie...i jeszcze raz, NIE!

Spotkania... owszem...ale beż dzieci i rozmawiania o nich...w innym wypadku, to ja podziękuję...więcej mnie to stresu kosztuje, niż to jest warte...nie potrzebne mi takie spotkania...i już wolę ich unikać i tych koleżanek żadnych nie mieć.

Mojemu M nie bronię kolegów... choć czasem się wściekam, że jednak zbyt długo Go nie ma, po cichu w sumie nie mam Mu tego za zle... powinien ich mieć...i nie chcę być tą złą, która zabrania, bo...bo co? 
bo sama nie ma koleżanek i przez to nie wychodzi z domu?

Nie jestem też zazdrosna...
...ale zwyczajnie, brakuje mi tych czasów, gdy wychodziliśmy razem... gdziekolwiek...do kogokolwiek.
Życie się zmieniło diametralnie...a za jakiś czas zmieni się jeszcze bardziej...
...i tylko ode mnie będzie zależało, jak bardzo pozwolę się sobie w tym wszystkim zagubić i wykluczyć.

W środę, drugiego dnia, znów po 20...Młody śpi...zabieram się za dalsze pisanie...poszło parę zdań... już po 22, M wraca z pracy...telefon...kolega... znów wychodzi i wraca po 23...padam, jak zawsze o tej porze... marzę o łóżku.
...obejrzymy jakiś film?
...nie chce mi się, jestem zmęczona.

Albo nie...dziś jednak nie padnę...za dużo czasu nam już uciekło.
...oglądamy film 👍
Jest miło, spokojnie, przytulnie....idziemy spać po 1:00...ale to nic... najważniejsze, że coś w końcu zrobiliśmy razem.

Nazajutrz... czwartek...8:00 na zegarze 😄
I dzień zaczyna się przyjaźnie..
Młody bez pizamy...ale zero stresu...
Badania...sprawy urzędowe...obiad Młodego poskubany....wspólne zabawy... trochę marudzenia i sporów...ale na spokojnie...M wrócił pół godziny szybciej, znowu film i wspólny czas...kij z tym postem... znów jest koło 1:00...zasypiam już spokojna.

Piątek...8:00 rano...i kolejny pozytywny początek dnia... Walentynki...których od początku Naszego Związku nie obchodzimy...M wychodzi rano z psem i wraca z bukietem z 7 czerwonych goździków z grubą czerwoną kokardą ❤️
Nie obchodzimy...ale jakże miło...Kochany...pierwszy i jedyny, który podarował mi goździki; nie róże (które lata temu przywykłam dostawać swego czasu na przeprosiny)... ale staromodne, banalne, nietypowe; goździki 🌼 za tą oryginalność i "staromodność" kocham Go najbardziej ❤️

Taki staroświecki "Antyk", z zabytkowym Merzem i WSKą, uwielbiający antyczne meble i wnętrza ❤️ szarmancki i poprawny, a zarazem nieokiełznany...ale ja nie o tym😉

Kolejny dzień względnego spokoju i dobrego nastroju...dryfowania pomiędzy obowiązkami Matki.i Gospodyni...spacer z Młodym...samotny film w oczekiwaniu na powrót M z pracy... coś się przedłużyło... ktoś jeszcze dzwonił...M wrócił po północy...i po Walentynkach...nie wazne...i tak ich nie obchodzimy... pogadaliśmy i 1:00 do spania.

Sobota....8:00 rano... dzień troszkę bardziej nerwowy...mało czasu, dużo rzeczy... widzenie z Synkiem... chwilę u Rodziców...ja z Młodym w domu, ciut zdenerwowana, Młody wyjątkowo zbuntowany, nie zjadł nawet obiadu...
dochodzi 15...w końcu wraca...szybki obiad i o 17:00 wybywamy.
No nie do końca... ktoś zadzwonił...17:30 jeszcze nie wyjechaliśmy...M postanowił zmienić tylne lampy w Merzu...a mieliśmy najpierw pojechać po proszek, bo po seansie już będzie zamknięte... 
wciąż w domu... przyszedł Brat i dolewa oliwy do kipiącego już kotła... wybucham...jednak dałam się wyprowadzić z równowagi...teraz wściekła także na siebie...ale w końcu wychodzimy...jedziemy...jest 17:40...nie wiem, czy w Filharmonii też wydają bilety max 0,5h przed seansem, jak w Multikinie...
prawie nie rozmawiamy po drodze... dobrze, że to raptem 7minut drogi...szukamy miejsca do zaparkowania, parking pełen... wyjeżdżamy z powrotem na Sobieskiego...zaraz po prawej, przy drzewie, pół miejsca postojowego i krawężnik...no nie ma opcji...ale Mistrz Kierownicy pasuje się idealnie tą limuzyną na wysokich sprężynach...wysiadamy obczaić, no fantastyko...to w śmiech i cały stres zaczyna opadać...idziemy na film.

Choć wracając do domu, Młody jeszcze nie spał i przebuszował do 22:40...kolega zadzwonił i M wybył...posiedzieliśmy do 3 nad ranem w bardzo sympatycznej atmosferze... już nie pamiętam, kiedy tak długo ze sobą rozmawialiśmy...za czasów taxi?

Niedziela....o dziwo 9:00 rano... sądziłam, że po takiej nocy wstaniemy koło 11...robi się troszkę nerwowo...Młody znów nie chce obiadu...odpuszczam...jedziemy na Zibertowo do Rodziców...wracamy, Młody do spania... trafił się kurs, niech jedzie...wraca, gadamy...a może tak usiąść do pisania?🤔

Siadam i piszę...po tyłu dniach chyba wreszcie uda mi się skończyć ten post.

M wziął się w końcu za przeczytanie mojego bloga...a ja piszę dalej.

Tym razem, myśli udało mi się przeobrazić w czyny...z małymi potknięciami, ale się nie poddaję...i nie poddam...nie teraz...

Wreszcie zaczyna być lepiej... wszystko idzie łatwiej, mniej się sprzeczamy i mniej jestem zmęczona.

Samo odpuszczanie na niewiele się zdawało....trzeba było wszystko przewrócić do góry nogami... całkowicie zmienić strategię...

Działa...jest nadzieja.

Staram się wszystkiego tak nie kontrolować, nie sprawdzać co chwila...Syn da radę, krzywda Mu się nie stanie, a gdy będzie czegoś potrzebował, to zawoła, resztę poznam po dźwięku.

Staram się nie marzyć na siłę o odpoczynku, którego i tak nie nadgonię na zapas, a spędzać więcej czasu razem.

Staram się znajdować chwile tylko dla siebie, czytając coś, słuchając muzyki, tańcząc Bachatę.

Staram się odpuszczać i nie ganiać usilnie od jednego obowiązku do drugiego, bo nie uciekną, a moje życie się od tego nie zawali.

Staram się nie odmawiać drobnych rzeczy, które tak nagminnie wykręcam brakiem czasu i możliwości, a na które mogłabym i nawet bym często chciała się zgodzić.

Staram się panować nad emocjami i złością z bezsilności, przemieniając w śmiech i zabawę, by jak najszybciej rozładować atmosferę.

Staram się żyć tak, jak ponad 4 lata temu, gdy pełni radości i entuzjazmu "ciągnęliśmy" do siebie, wyczekując każdej choćby najmniejszej chwili na spotkanie, które może się okazać tym ostatnim.

Te wszystkie drobne...a przy tym, jakże wielkie rzeczy budujące serce ❤️
Które kiedyś, z przymusu zaistniałych sytuacji, tak świetnie się sprawdzały na brak czasu i życiowe trudności... 
...można z powodzeniem wykorzystać teraz, gdy jesteśmy razem, ale znów tego wspólnego czasu nam brak...gdy musimy łapać każdą chwilę, by się nie oddalić i nie stłamsić tego, co zaczęło się tak pięknie.
Nie skupiać się nad tym, jak jest źle, co jest źle, jak dalej być źle może i jak na nic nie ma sił...

Zabrakło sił,
zabrakło tchu,
teraz jestem właśnie tu.
Zegar mój odlicza w tył,
Wstecz do czasów, kiedy był,
mój entuzjazm i radości,
a On Słońcem w tej ciemności,
moim lekiem na zwątpienie
i rozpraszał smutku cienie.
Gdzieś zostałam w czasie tym,
żyjąc tutaj niczym dym;
tak niestały i ulotny,
niczym skoczny płomień psotny.
Lecz chcę wrócić tu do świata,
pośród marzeń już nie latać,
by się cieszyć z przeznaczenia,
które życie tak odmienia.
Chcę pozostać z Tobą tu
A więc trzymaj mnie, co tchu!


Samo powiedzenie sobie wyluzuj i odpuść, to za mało...owszem, odpuszczanie pewnych rzeczy i zbytniego przejmowania się trochę już wpłynie na poziom stresu i zmęczenia...ale nie do końca o to chodzi...

Trzeba zrobić coś znacznie więcej...
* zacząć zmieniać po kolei wszystkie szkodliwe aspekty życia;
zasady, reguły, metody, przyzwyczajenia, wymagania i wyobrażenia;
* szukać we wszystkim i przekształcać w radość najtrudniejsze nawet wydarzenia;
* nie gonić za światem, modą, znajomymi, rodziną, obowiązkami, czy ideałami, a umieć odnaleźć oryginalnego siebie w tym pędzącym świecie, zachowując zdrowy i nieprzesadny rozsądek;
* cieszyć się z każdej najmniejszej chwili, wykorzystywać, jakby była ostatnią i miała się nigdy nie powtórzyć;
* kochać i szaleć dokładnie tak, jak wtedy na początku, gdy świata poza sobą nie widzieliście, a każda ściana była do przejścia, bo razem byliście niezniszczalni;
* szukaj sytuacji, rzeczy i ludzi, którzy będą Cię budować, a nie ciągnąć w dół, napędzać każdego dnia, napawać optymizmem i zapałem do działania;
* generuj czas tylko dla siebie, w zaciszu, przy ulubionej czynności, na spotkania i pasje;
* odnajdź w sobie siebie, z tych najlepszych chwil swojego życia i żyj tak w teraźniejszości.

Odtwórz najlepszą wersję siebie i bądź nią każdego tego bezsensownego i trudnego dnia...
Dzięki temu pokonasz wszelkie trudności z łatwością i zapasem energii na nowe wyzwania oraz problemy...które nie pogrążą Cię, a miną bezpowrotnie... pozostawiając po sobie jedynie spokój i radość...
...radość, której dotychczas tak bardzo brakowało, a która wydawała się tak odległa i nieosiągalna...
Odzyskaj spokój Ducha i harmonię...by żyć, ciesząc się każdym nowym dniem...nie tracąc czasu na tkwienie w beznadzieji... pójdź do przodu i działaj z pełną parą...bez oglądania się za siebie, rozpamiętywania i przeżywania.

Bądź beztrosko szczęśliwa, niczym ciepły letni poranek zwiastujący przygodę...i szukaj tych pozytywów w każdej, choćby najmniejszej sytuacji👍

Żyj pełnią życia i stwórz je od najlepszych chwil...
...a zaczniesz żyć swoim idealnym wyobrażeniem 🤞

Rada chyba idealna... uważam, że wykonalna 😉

Raptem 5 dni minęło, a widzę kolosalną różnicę i zmiany na lepsze 🍀🌄❤️
A Ty, jak uważasz?
Czy coś pominęłam? 😉

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dziecko "chowane wśród dorosłych"... czy wiecie, co to właściwie znaczy??? Nie nazywajcie proszę tak mojego Dziecka!

Tak właściwie, to co kryje się pod stwierdzeniem, że "Dziecko jest chowane wśród dorosłych"?🤔 Według mnie, to jedyne Dziecko w środowisku osób dorosłych; które mieszka zazwyczaj w domu wielorodzinnym, gdzie oprócz Rodziców, jest jeszcze Rodzeństwo któregoś z nich i Dziadkowie.  Czas spędza w większości w towarzystwie dorosłych krewnych, gdzie poza naturalnym kontaktem codziennym z Mamą i Tatą, zajmuje się nim także Ciocia, Wujek, Babcia, czy Dziadek.  Kontakt z innymi Dz iećmi jest sporadyczny, okazjonalny, typowo "urodzinowo/odwiedzinowy".  Dziecko ma bardziej uwidoczniony wzorzec  myślenia, funkcjonowania i sposobu  wypowiadania się dorosłego, niż dziecięcego. Nie w iem, jak dokładnie się to określa?🙄 Nawiązuje do tego, ponieważ już kilkukrotnie usłyszałam, że właśnie mój ponad 2,5letni Syn, jest chowany wśród dorosłych....a stwierdzenie to pada zazwyczaj tylko dlatego, że Młody dość płynnie mówi, ma duży zasób słów, odpowiada dość elokwe...

Uwierz w Ducha...

Czy wierzycie w duchy i zjawiska nadprzyrodzone? Ja wierzę...i co więcej, widziałam nie raz. Dla kogoś może być to dziwne albo śmieszne...i nie dziwota 😉 Jakaś naćpana, zjarana, bajek się naczytała, ma fantazję 😂 hahaha... Ba, nawet by się można było pokusić o stwierdzenie "wariatka" i do psychiatryka z nią 😂😜😱 Nic z tych rzeczy... całkiem normalna, może dość nietypowa i specyficzna, ale rozsądna, raealistka, racjonalistka twardo stąpająca po ziemi, a zarazem otwarta na otaczający świat, która wszystko musi sobie na spokojnie przemyśleć, rozłożyć, przeanalizować i wytłumaczyć do końca. Co więcej, powiem Wam tak... Duch , to wg mnie skupisko energii elektrycznej, która tkwi w ludzkim ciele, dopóki nasz rozrusznik/silnik-nasze serce, wytwarza impulsy elektryczne, pozwalające na pracę tego naszego silniczka napędowego. Gdy serce przestanie wzbudzać impulsy, cała energia uchodzi ze statycznego ciała do naładowanego po brzegi wszelaką energią ot...

Czy wspaniała misja szerzenia Wiary i całkowitego poświęcenia się Bogu przez Siostry Zakonne, nie pozostawia jakiejś pustki w sercu i smutku? Czy faktycznie każda Kobieta gdzieś w głębi pragnie zostać Matką???

Dzisiejszy post powstał troszkę inaczej... postanowiłam zrobić coś nowego i spróbować odnaleźć się w przypadkowym temacie... sprawdzić, czy równie szybko i łatwo przyjdzie mi pisanie🤔 Dlatego poprosiłam znajomych, aby podrzucili jakiś pomysł na temat... Gosia jako jedyna mnie nie zawiodła 💚 co więcej, zastrzeliła swoim pomysłem😱 Nietypowym, może ciut kontrowersyjnym, a przy tym dość trudnym do ugryzienia...🤔 Nigdy nie musiałam i nawet się nad tym nie zastanawiałam... aż do dziś... Nie mam pojęcia i nawet nie mogę mówić, co ktoś tak naprawdę czuje, myśli i przeżywa...ani założyć z góry, że jest tak, a nie inaczej...jedyne, co mogę, to przypuszczać i się zastanawiać, bazując po części na swoich własnych odczuciach. Ze zbiegu wydarzeń w ciągu dnia, zrodziło się pytanie ❓❔ " Czy ja także sądzę, że Siostry Zakonne, które nie mogą mieć dzieci, muszą być mega smutne?" 🤔 Szczerze, to się chyba nigdy nad tym nie zastanawiałam... nawet wtedy, gdy zmęczo...