Przejdź do głównej zawartości

Uwierz w Ducha...

Czy wierzycie w duchy i zjawiska nadprzyrodzone?
Ja wierzę...i co więcej, widziałam nie raz.
Dla kogoś może być to dziwne albo śmieszne...i nie dziwota 😉
Jakaś naćpana, zjarana, bajek się naczytała, ma fantazję 😂 hahaha...
Ba, nawet by się można było pokusić o stwierdzenie "wariatka" i do psychiatryka z nią 😂😜😱
Nic z tych rzeczy... całkiem normalna, może dość nietypowa i specyficzna, ale rozsądna, raealistka, racjonalistka twardo stąpająca po ziemi, a zarazem otwarta na otaczający świat, która wszystko musi sobie na spokojnie przemyśleć, rozłożyć, przeanalizować i wytłumaczyć do końca.

Co więcej, powiem Wam tak...

Duch, to wg mnie skupisko energii elektrycznej, która tkwi w ludzkim ciele, dopóki nasz rozrusznik/silnik-nasze serce, wytwarza impulsy elektryczne, pozwalające na pracę tego naszego silniczka napędowego. Gdy serce przestanie wzbudzać impulsy, cała energia uchodzi ze statycznego ciała do naładowanego po brzegi wszelaką energią otoczenia...i tak ta nasza energia się przemieszcza, unosi i dryfuje pośród nas.

Pytanie tylko, czemu niektóre Duchy zostają wśród nas?
Czemu nie odchodzą, nie znikają, a nadal błądzą w niewiadomym celu?

Być może dlatego, że Duchy osób nagle, bądź tragicznie zmarłych, czy z niedokończonymi za życia sprawami, kumulują w sobie jakąś większą energię, która nie może się tak swobodnie rozejść w otoczeniu, jak pozostałe?

Tego akurat nie potrafię sobie w żaden bardziej logiczny sposób wytłumaczyć.

Nie mogę sobie również wytłumaczyć, dlaczego to właśnie JA te Duchy widzę?
Czym sobie na to zasłużyłam albo też w czym tak bardzo zawiniłam?
Jaki w tym cel, czy też może głębszy sens?
Co takiego właściwie w sobie mam, co sprawia, że JE widzę?
Czy mam IM jakoś pomóc?

Bo szczerze mówiąc, nawet nie wiem, jak.
Nie nazywam się i nie uważam za medium.

Czy jestem jakimś punktem zaczepienia, energią, nieświadomym przewodnikiem?
Kiedyś czytałam, że Duchy potrzebują przewodnika, który pomoże im odnaleźć drogę do światła i przez nie przejść 🤔
Hmm, może... tylko dlaczego w takim razie w żaden sposób się do mnie nie zwracają, zazwyczaj nawet nie patrzą w moją stronę.
Czasem się zatrzymują w korytarzu, jakby czekając, aż Je zauważę, po czym wchodzą do kuchni i znikają.
A czasem zwyczajnie przemykają przez korytarz wprost do kuchni jakby niezauważone, w środku nocy.

Jeden, usilnie odwiedzał nas wiele nocy z rzędu, stojąc w pokoju Syna i obserwując.
Inny, Znajomy, obudził mnie w nocy , szepcząc mi do ucha prosił o pomoc.

Jeszcze innej nocy, przyszła Babcia "Męża", by przypomnieć nam o sobie, że nie odwiedziliśmy Jej we Wszystkich Świętych 2018 roku. Kolejny raz odwiedziła mnie, jakoś krótko po śmierci i nocnych "odwiedzinach" naszego kolegi.

Chociaż Babcia Helena, odwiedzała mnie już wcześniej we snach... jeszcze zanim w ogóle wiedziałam, jak wyglądała...bo dopiero później Mama pokazała mi Babcię na zdjęciach... to już wtedy byłam pewna, że to właśnie Ona. We śnie, wspólnie z M rozmawialiśmy z Babcią, chyba w domu Rodziców na Zibertowie. Była zadowolona, że jesteśmy razem, że wreszcie wszystko się zaczyna układać, tak, jak powinno być od początku, ale mamy uważać, bo ktoś nam bardzo źle życzy i możemy mieć kłopoty albo spotka nas coś złego, coś nieprzyjemnego, bądź niecodziennego.
Miała rację i dopiero po rozmowie z Mamą  Męża to zrozumiałam. To, przed czym nas Babcia właściwie wtedy ostrzegała...przed wielką ZJAWĄ, która straszyła nocą Syna...
...ale o tym później.

Zaczęło się właśnie wtedy, gdy w wakacje przyjechała do nas kuzynka Karolina.
Nie pamiętam dokładnie, ale chyba 2004🤔
wiem, że Siostra miała już swój pokój na 2 piętrze, które dotychczas było używane jedynie jako graciarnia i "biuro" Dziadka, gdzie grywał na dużych profesjonalnych organach, podłączonych do estradowych głośników z czasów grania w Gminnej Orkiestrze Dętej 🎷 i gdzie pracował nad projektami budowlanymi na zamówienie.
Sis dostała z 3 pomieszczeń ten słoneczny pokój skierowany na południowy-zachód, mieszczący się od strony ulicy, z dużym, niezadaszonym tarasem.
Była ciepła letnia noc. Leżałyśmy w pokoju, za zamkniętymi drzwiami, pamiętającymi czasy PRL, z taką charakterystyczną dla tamtych czasów, mleczno-barankową szybą, we trzy rozłożone na kołdrach na podłodze, każda przykryta swoim kocem, twarzami w stronę dość dużego okna dwuskrzydłowego, którego każda część miała po dwie osobne szyby, w drewnianych ramach. Okno wymagające wysiłku, by je zamknąć, a o szybkim, bądź samowolnym otwarciu już w ogóle nie mówiąc.
Śmiałyśmy się, wygłupiałyśmy i rozmawiałyśmy o czym popadnie, zamiast spać...jak to nastolatki 😉
W pewnym momencie zaczęło mocno wiać, zbliżała się burza, z oddali słychać było grzmoty i co jakąś chwilę prześwitywały przez grube zaslony słabe błyskawice.
W pokoju jakby nieznacznie się ochłodziło, przy czym powietrze stało się jakieś cięższe, panowała nienaturalna głucha i pusta cisza, taka wyjątkowo nietypowa.
Nagle, za zamkniętymi drzwiami, gdzieś w 1/4 korytarza, dostrzegłyśmy malutkie 🕯️światełko, niczym świeczka...która o dziwo poruszała się po korytarzu 😱 od strony okienka na poczatlu korytarza przy schodach (od ulicy), na jego koniec, do gabinetu Dziadka z oknem wychodzącym na północny-wschód, do którego drzwi również były zamknięte.
Świeczka była na wysokości takiej, jakby ktoś trzymał ją w ręce.
Światełko zawróciło i poruszało się z powrotem w stronę okienka, burza była już blisko, błyski i grzmoty płynnie się zazębiały, raz za razem tańcząc naprzemiennie, wzmagał się wiatr i zaczęło lać. Światełko znów zawróciło, kierując się ponownie w stronę gabinetu...tym razem jednak, przystanęło przy naszych drzwiach.
Ogromny huk, w pokoju zrobiło się jasno, a światełko szybko poleciało w stronę gabinetu, po czym nagle znikło za zamkniętymi drzwiami, a w pokoju z trzaskiem otworzyło się na oścież to duże, toporne okno i przeszywający zimny wiatr wdarł się ze świstem do środka.
Zaczęłyśmy krzyczeć jak szalone...po jakiejś chwili, przyszła z parteru Mama.
Oczywiście nie uwierzyła w to, co widziałyśmy, że nam się przez tą burzę po prostu ze strachu coś przewidziało 
Ale wszystkim trzem, naraz? Nie sądzę!

Zaś gabinet Dziadka, a teraz nasza kuchnia, do dziś jest miejscem, gdzie Duchy znikają z trzecim krokiem po przekroczeniu progu...

Może była to Prababcia, która w marcu 2001 zmarła w wieku 90lat, w swoim łóżku piętro niżej, gdzie mieszkała z Dziadkami??
W rok Jej śmierci, we Wszystkich Świętych, Babcia u siebie na piętrze słyszała, jak ktoś chodził po schodach na górę, na drugie piętro i z powrotem na piętro, kilka razy.
Dziwne, prawda? 👻🤐😳

Często zdarzało mi się odbierać jakieś nietypowe bodźce, różnie; raz chłód i gęste powietrze wkoło, innym zaś, przeszywającą do głębi głuchą ciszę w środku dnia i czyjeś nieme spojrzenie wczepione za ramieniem.
Kogoś, podążajqcego za mną po piwnicy, czekającego w ciemnym korytarzu nocą i wieczorami, za drzewem w parku, gdzie stała kiedyś stara opuszczona plebania.
Byłam pewna, że wszystko, co mnie spotyka i co widzę, to kara za to, że w dniu śmierci Prababci, nie zapłakałam ani jedną łzą nawet... było mi smutno i przykro, ale nie wiem, czemu wtedy nie zapłakałam. Nie mogłam wydobyć z siebie ani jednej łzy.
Za karę, że tak bezdusznie nie okazałam smutku i rozpaczy, mają mnie nawiedzać duchy i mi o tym stale przypominać 😱
Tłumaczyłam to sobie w taki sposób 🙈

Jakoś rok po tym zdarzeniu w wakacje
i ja dostałam swój pokój na drugim piętrze. Tuż obok pokoju Siostry, z takim samym oknem, lecz na północny-wschód, jak sąsiadujący od mojej drugiej strony, gabinet Dziadka, z małym, zadaszonym balkonem.
Dostałam w spadku meble po drugiej zmarłej Prababci, taki czar PRLu 😂
Na ścianie, przylegającej do gabinetu, a prostopadle do ściany okiennej z grzejnikiem i drzwiami balkonowymi, gdzie były drzwi wejściowe i włącznik światła, stala duża dwudrzwiowa szafa ubraniowa,, zaś po stronie przeciwnej do okna, ściana dzielna z pokojem Sis i trzy szafy. Na ścianie od strony sąsiada, na przeciw drzwi, stało moje łóżko.
Po którejś nocy, gdy się przebudziłam i zobaczyłam przez oszklone drzwi, wędrujące znowuż korytarzem swiatelko, z samego rana po przebudzeniu oklejałam z obu stron szybę drzwi, starą grubą tapetą i plakatami ulubionych piosenkarek 🎤🎧🎸

Pamiętam, jak dziś, rok 2005... coś po 22/23, leżę w łóżku i na słuchawkach głośno słucham ulubionej płyty Vanilla Ninja. Nagle słyszę trzeszczenie dużej szafy...ściągam słuchawki, cisza...
Wkładam je z powrotem i po chwili znów trzeszczenie... wstaję, zapalam światło, podchodzę do szafy, otwieram ją, walę w nią dla pewności, jakbym miała w ten sposób wystraszyć to, co tam się w niej przed chwilą może czaiło i nic...wracam do łóżka dalej słuchać muzyki. Po jakiejś chwili, znów to okropne trzeszczenie i dźwięk, jakby ktoś otworzył butelkę szampana, pyk i odgłos, jakby z zaworu grzejnika ciurkiem leciała woda...no to wkurzona znowu wstaję, zapalam światło i sprawdzam grzejnik, czy faktycznie nic nie leci... sucho i znów cicho w pokoju, więc wracam do wyra. Ledwie się zdążyłam położyć i przykryć, nawet słuchawek nie zdążyłam założyć i słyszę tą wodę... zerwałam się do światła, włączyłam, po czym poszłam zamknąć się w łazience, naprzeciwko Siostry pokoju. Siedzę zesrana w kiblu i o dziwo po kilku sekundach od zamknięcia drzwi na klucz, słyszę ten okropny dźwięk lejącej się na podłogę wody i głośniejsze trzeszczenie szafy. Jeszcze bardziej zesrana poleciałam do Sis...czemu Ona nic nie słyszała, gdzie ja właśnie w tym momencie, stojąc i rozmawiając z Nią, wciąż tą wodę i trzeszczenie szafy słyszę???
Przygarnęła mnie, ułożyłam się na podłodze i trochę uspokoiłam, zrobiło się wreszcie cicho. Już prawie zaczęłam przysypiac, gdy znów z mojego pokoju zaczęły dobiegać te dźwięki... zmęczona, zrezygnowana i już wręcz wkurzona, wróciłam do swojego pokoju. Zamknęłam za sobą drzwi, zajrzałam jeszcze po raz ostatni do szafy, zatrzasnęłam i zakluczyłam jej drzwiczki, zgasiłam światło i wskoczyłam szybko pod kołdrę. Słysząc w dalszym ciągu owe dźwięki, już totalnie wściekła, nawrzeszczałam na to COŚ, co siedziało w moim pokoju "odwal się w końcu ode mnie, nic tu nie ma, ani nic nie słyszę i idę spać, dobranoc!"... odwróciłam się, za przeproszeniem, dupą w stronę szafy, naciągnęłam kołdrę aż po uszy i zamknęłam oczy. Dźwięki nie ustawały, "zamknij się w końcu" rzuciłam, po jakiejś chwili "wypier* stąd, chcę spać, dobranoc" i nic..."dobranoc kur*, won" i cisza😌😇🌛
wreszcie mogłam spokojnie zasnąć.
Po tym wydarzeniu, nastał spokój.
Czas mijał, a ja zaczynałam już o tym zapominać. Tak widocznie miało być, w końcu to wszystko się działo w dość krótkim czasie po śmierci obu Prababć.
Duchy przecież czasem mogą wracać. Zwłaszcza do miejsca, w którym mieszkały, żeby sprawdzić, czy u Domowników wszystko w porządku 👍
Albo do swoich rzeczy, a ja przecież w pokoju miałam meble po Prababci 😉
Przyszły, sprawdziły, zobaczyły i odeszły spokojne...tak sobie wtedy to wszystko wytłumaczyłam i odetchnęłam z ulgą 😌

Jakiś czas temu, zagłębiając się troszkę w temacie Dusz, a zarazem szukając przy tym jakichś wyjaśnień, czy też głębszego sensu ukazywania się Duchów i gdzieś przeczytałam, że często właśnie widzi się Duchy w dzieciństwie, ze względu na czysty i niczym niezaburzony, otwarty  umysl...a najsilniej z kolei w wieku dojrzewania, gdy burza hormonalna ma wpływ na zmiany zachodzące w mózgu, przez co może się aktywować jakaś wrażliwa i zazwyczaj nieużywana jego partia...z biegiem czasu, po wyciszeniu i unormowaniu wszelkich zmian w organiźmie, zwyczajnie się z tego wyrasta.

I gdy dziś tak o tym wszystkim myślę, to faktycznie wyciszyło się to w gimnazjum.
Po incydencie z szafą i wodą, zdołałam skutecznie o tym zapomnieć i nigdy nie wracać do tych wydarzeń, chyba, że dla żartów w opowiadaniach i w trakcie jakichś rozmów z kimkolwiek o zjawiskach nadprzyrodzonych i duchach 😂

Odeszło...tylko czemu wróciło?
I w sumie nie wiem, w którym momencie dokładnie oraz w jakiej sytuacji to wróciło?

Na pewno już po rozstaniu z pierwszym Mężem, w trakcie nowego Związku.
Chyba już po tych nieprzespanych nocach, jakie spędzaliśmy notorycznie w aucie na taxi mojego obecnego Męża.
Przemęczony organizm i oczy płatające figle z niewyspania. Ta euforia nowej, wielkiej, bezgranicznej, szalonej i niepoznanej dotąd prawdziwej Miłości. Godziny zwierzeń, rozmów, żartów, nieskrępowanej swobody, wolności ducha, głębokich spojrzeń i pozytywnej energii, pomiędzy jednym kursem, a drugim, przemykając ciemną nocą z miejsca do miejsca, by zatrzymać się na krótką chwilę w odległym zaciszu. Masa obrazów i doznań, zwieńczona błogim wycieńczeniem, po którym bezszelestnie opada się na poduszkę z radością serca, zapadając w słodko głęboki sen.

Długie tygodnie konspiracji, potajemnych spotkań i tej cudownej adrenaliny...
Walka z przeciwnościami i rozsądkiem...
Walka o przetrwanie i o siebie, a przy tym z bitwa z niezrozumieniem, nienawiścią, odrzuceniem i tą podróżą w nieznane...
Walka o priorytety i sprawiedliwość, o ludzkie serce i Małe Serduszko...
Kłoda za kłodą i kolejne mury do przeskoczenia, pokonywane z nadzieją na lepsze jutro i pomyślny koniec walki...
Nic bardziej mylnego i jeszcze większe zawirowania przeplecione kolejną zarwaną nocką pośród jedynej przyjaznej, przyrody.
Pasmo nieszczęść, wyborów i zawiści...

Czy istnieje prawdopodobieństwo, że to wszystko mogło wpłynąć na przypadkowe odblokowanie jakiejś nieużywanej dotąd, niezbadanej, lecz niezwykłej części mózgu, odpowiedzialnej za widzenie i słyszenie rzeczy niezwykłych, nadprzyrodzonych?

Myślę, że tak mogło się właśnie stać 🤔

Coś muszę w sobie mieć, jakąś dziwną otwartość umysłu i wrażliwość duszy.
To coś w środku, w sobie, po prostu...

Zawsze ciągnęły do mnie zwierzaki, później Dzieci, szybko przekonałam do siebie Dzieci Niepełnosprawne; a to nie takie proste, stać się współtowarzyszem witanym uśmiechem każdego dnia, co odwdzięcza się czystą przyjemnością wsiadania co rano do busa i ruszania w drogę przez kolejne 3 lata.

Od zawsze słyszałam...i wiedziałam...że mam w sobie to coś...że jestem nietypowa i wyjątkowa, a przy tym niezrozumiała 😉

Nigdy nie życzyłam nikomu źle, a zawsze chciałam jak najlepiej dla każdego...by każdy miał szczęście i pomyślność.
Nie mnie komuś bronić i żałować, bo zasługuje każdy, a ja swoje własne mam.
Niestety, nie każdy tak myśli...i jeśli mi coś nie wyszło, to komuś tym bardziej wyjść nie może...a gdy ktoś mi w jakiś sposób zawinił, niech za karę wiedzie się mu źle, gdyż już swym postępkiem nie zasługuje.

I z takim czymś osobiście przyszło mi się mierzyć każdego dnia (już prawie 4lata).
Na tyle silnym, by odcisnąć piętno na życiu codziennym i przybrać nadto żywy charakter w postaci nieproszonego gościa
Wysokiej niemalże do sufitu, unoszącej się kilka centymetrów nad podłogą, czarnej niczym otchłań postaci, spowitej szatą z naciągniętym na głowie kapturem, bez zarysów twarzy i rąk, emanującej niezwykłą wrogością i złem. Czająca się zazwyczaj bez ruchu przy ścianie okiennej koło łóżeczka rocznego Synka, czasem na korytarzu obok łazienki, a czasem w rogu koło okna w naszym pokoju. Stała i przyglądała się, budząc w nocy Małego z płaczem i zalanego potem...noc za nocą, tydzień po tygodniu obserwowała z boku. Wdarła się w nasze życie, niczym rzucona w zawiści przez kogoś klątwa.
Długo nie łączyłam faktów myśląc, że dziecku gorąco albo coś dolega, a mi się najzwyczajniej wydaje, że coś widzę.
Naprowadziła mnie Mama Męża..."jeśli ktoś usilnie bardzo źle Ci życzy, może na Ciebie sprowadzić nieszczęście i zło. Jeśli masz w swoim domu jakieś rzeczy od tej osoby lub od osób z jej otoczenia, pozbądź się tego, schowaj albo wyrzuć. Być może właśnie przez tą rzecz, udaje jej się wedrzeć i wpływać niekorzystnie na wasze życie".
No i mnie olśniło...
W pokoju Syna, naprzeciw ściany okiennej, zawiesiłam taki "szczególny" obrazek, języka...podarowany Mężowi przez Serduszko z osoby zawistnej... która mogła i miała powód, by źle życzyć.
I wtedy, dotarło do mnie, jak często Synek patrzy na ten obrazek, krzywi się i na niego wskazuje z postękiwaniem.
Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, z tego, co się dzieje... że Czarna Postać mi się nie przywidziała i wciąż czai się koło łóżeczka...a do tego przecież niedawno Babcia Helena ostrzegała mnie w snach.

Tej ostatniej nocy, widziałam JĄ najpierw u Małego, potem na korytarzu, przez chwilę była też u nas, gdy szykowaliśmy się do snu. Jeszcze przed zaśnięciem stała w drzwiach naszego pokoju... zasnęłam. Gdy przebudziłam się w nocy, już jej nie było... znikła...a tak przynajmniej mi się w tamtym momencie wydawało.
Nagle Synek zaczął histerycznie płakać...
Weszłam do Jego pokoju, a ona tam byla, stała dwa kroki od łóżeczka z uniesioną w górę lewą ręką. Synek wstał, patrzał na mnie i płakał coraz głośniej... spojrzał jakby na zjawę, po czym znów na mnie i rozpłakał się mocniej.
Pytałam, co sie dzieje, czy coś widzi i czy czegoś się boi... ale płakał, nagle przetarł oczka ręką i wydusił cichutko "to"...po czym podniósł prawą rączkę, zaczął płakać panicznym, histerycznym płaczem i krzyknął głośno "to Mama, to"... doskonale widziałam, że wskazuje rączką na obrazek.
Szybko wzięłam Go na ręce, mocno przytuliłam chowając główkę i zasłaniając oczka, po czym spojrzałam na Zjawę, która zdawała się być teraz jakaś niespokojna, jakby przeczuwała, że coś pójdzie nie po jej myśli, została zauważona, a jej zamiary przejrzane.
Synek płakał głośno, przytuliłam Go więc jeszcze mocniej i zaczęłam krzyczeć...
"Wynoś się stąd, nikt Cię tu nie chce. Wynoś się i odczep się od mojego syna, to jest moje Dziecko i nic Ci do tego, jasne. Masz się stąd natychmiast wynosić i więcej nie wracać. Masz zostawić mojego Syna w spokoju i więcej Go nie straszyć, rozumiesz? Wynoś się stąd, ale już. Nikt Cię tu nie chce, rozumiesz?  Wynoś się, wynoś się i to już rozumiesz? Już Cię tu nie ma. Odejdź, zostaw nas wszystkich w spokoju i nigdy tu nie wracaj, jasne. Zrozumiałeś? Odejdź stąd!"...
I nagle koniec...cisza dookoła i blogi spokój, wszystko wokół się wyciszyło, uspokoiło i jakby lekko pojaśniało w pokoju pomimo środka nocy.
Synek przestał płakać i usnął na rękach, więc włożyłam Go do łóżeczka, po czym sama poszłam do swojego. Liczyłam w głębi duszy na spokój...zjawy nigdzie nie było, zamknęłam oczy i usnęłam.
Nazajutrz, wchodzę do Synka... patrzę, siedzi cichutko w łóżeczku i patrzy na obrazek przechylając głowę na lewo i prawo, jakby szukał w nim czegoś...myślę, no nie, może coś jeszcze jednak w nim widzi albo się go boi...co na pewno, to muszę to stąd zabrać, ot co...ale w pewnym momencie, Mały mówi "to" i zaczyna się szeroko uśmiechać do jeżyka.
Pytam "boisz się go?".         -"yyy, ne..."
"a mam go stąd zabrać?"    -"y nee"
I dalej się uśmiechał patrząc na obrazek.
Ta noc w końcu była spokojna, więc jeżyk został już na stałe w pokoju Małego.

Czy naprawdę mi się udało przegonić zjawę, a może to był fart albo jakaś halucynacja... nie wiem, ale najważniejsze, że po tamtej nocy Synek przestał się budzić w nocy z płaczem, a w dzień był bardziej spokojny i radosny.
Wierzyłam w to, co widzę i że muszę się tego pozbyć... wierzyłam, że to wyganiam.


Na naszym piętrze, jest wyjątkowe miejsce
to pusty kawałek ściany na korytarzu, pomiędzy łazienką, a kuchnią, przy stale otwartych drzwiach kuchennych.
Miejsce, z którego ktoś nas obserwuje, bądź zatrzymuje się jedynie na moment przed wykonaniem swoich ostatnich kroków do "spokoju i wolności".

Któregoś późnego wieczora, idąc do łazienki po ciemku, minęła mnie na korytarzu czarna postać z jakąś latarenką w prawej dłoni. Minęła mnie, niemalże się o mnie ocierając i weszła do kuchni, by po trzech krokach nagle się rozpłynąć.

Innej nocy, widziałam z łóżka podążającą do kuchni postać wysokiego mężczyzny.

Za każdym razem czuć chłód, dziwniość i taką głuchą ciszę z piskiem w uszach.
Czasem są to duchy neutralne, w ogóle niewzbudzające żadnych odczuć, innym razem czuć jakiś wewnętrzny nagły spokój i radość, a jeszcze innym grozę i lęk...ale te Duchy z kolei, przed odejściem lubią trochę popatrzeć, rozejrzeć się po pomieszczeniach i wprowadzić zamęt.
Nie odzywam się, a obserwuję i czekam...
chyba, że odczuję niezwykłą wrogość Ducha i jego próbę ingerowania, wtedy głośno mówię, by odszedł i zostawił nas w spokoju, bo nikt go tutaj nie chce.

Także w tym miejscu, pojawił się również dwukrotnie nasz Kolega, w marcu 2019r.
Mój M dostał druzgocącą wiadomość...
Kolega nad ranem nagle zmarł... rozpacz, niezrozumienie, złość na okrutny los.
M pisał z Jego Narzeczoną, odczytał w łóżku jeszcze ostatnią wiadomość, w której załamana pisała, że "zrobi wszystko, żeby jak najszybciej do Niego dołączyć"...
wyłączył całkowicie telefon i zasnął.
Mi niepokój zasnąć nie pozwalał, czułam kogoś w pobliżu, czyjąś obecność, czyjeś spojrzenie.... usnęłam... ale po chwili obudził mnie czyjś szept, tak wyraźny i prawdziwy, że miałam wrażenie, jakby ktoś wręcz dotknął mojego ucha i policzka. Obracam głowę, ale M leży plecami do mnie, więc spoglądam na korytarz...o rety, widzę....stoi, ciemna postać, odwracam głowę i zakrywam się kołdrą z nadzieją, że mi się przywidziało... coś jednak nie daje mi spokoju i spoglądam znowu...no nie wydaje mi się, tam serio ktoś stoi i patrzy.
Szybko odwracam wzrok i chowam się pod kołdrę...nie chcę tego widzieć, ale chyba ktoś woła moje imię...zaciskam się w sobie, przykrywam mocniej, ale trzęsę okropnie z zimna i zaczynają mi lecieć łzy, których nie mogę powstrzymać; wtem cichutko niczym niesione na wietrze, dolatuje do mego ucha niewyraźne "pomóż, proszę"...odkrywam się i patrzę w stronę drzwi, stoi już w progu naszego pokoju, rozglądając się nerwowo... czuć ból, rozpacz i zagubienie... myślę, przecież to Marek i płacząc już w tej chwili pytam, "jak mam Ci pomóc? Nie wiem, jak. Nie umiem, przepraszam" "-proszę Cię" i patrzy jakby na śpiącego M...no tak, wiadomości!
"Proszę Cię, nie proś mnie. Przecież wiesz, że nie dam rady Go teraz dobudzić, z resztą ma wyłączony telefon, a ja nie mam z nią kontaktu. Ale wiem, że wszystko będzie dobrze, na pewno, nie zrobi nic głupiego. Przepraszam, chciałabym Ci pomóc, ale naprawdę nie umiem. Odejdź proszę i daj mi zasnąć, jestem wykończona psychicznie i nie dam rady nic zrobić. Przykro mi, naprawdę, przepraszam i zostaw mnie już proszę"...
Odszedł i łzy nagle same przestały mi spływać po policzkach, odczułam lekki spokój. Po chwili M się obudził pytając, co się dzieje, więc Mu opowiedziałam... też Go widział; w aucie z Nią wieczorem i w domu przed zaśnięciem..."wszystko będzie dobrze, zobaczysz, nic sobie nie zrobi, spokojnie, śpij już, a rano do Niej napiszę".
Nie mogąc nic więcej zrobić, ułożyłam się ponownie do snu i wreszcie zasnęłam.
Drugi raz odwiedził nas w nocy po Swoim pogrzebie... znów stał w korytarzu, przy progu naszych drzwi...lecz tym razem spokojny, otoczony jasną światłością...
zatrzymał się na chwilę, popatrzał, jakby uśmiechnął, po czym odwrócił się w stronę kuchni i zniknął zostawiając spokój.

Po tym wydarzeniu, widziałam jeszcze tylko wspomnianą wcześniej postać z latarenką, wysokiego mężczyznę i zjawę.

Od lata był spokój, zero nocnyh odwiedzin.

Aż do zeszłego miesiąca, gdy to przeszło tydzień temu, Syn wstał w sobotę rano z informacją, że w nocy widział Ducha...w Jego pokoju i u Rodziców, hmmm... myślę sobie, wczoraj oglądał bajkę, gdzie była mowa o duchu w chatce... choć ducha tam nie pokazywali, mógł to wziąć z bajki...a w nocy ja do Niego zaglądałam.
Na drugi dzień rano to samo..."widziałem w noc ducha, widziałem go w moim pokoju, on był u Rodziców i w kuchni, a potem na dachu"👻 ?????
Ale, że jak, kiedy Dziecko nawet nie wyszło z łóżka i znów ja zaglądałam???🤔 Może to ja jestem tym jego duchem? 😂
Żeby było śmieszniej, następnego dnia, w poniedziałkowy poranek, Młody przychodzi do kuchni i z pełną powagą zaczyna nam opowiadać...
"obudziłem się w nocy i był duch"
"gdzie?"
"tam stał, w moim pokoju. Jeszcze u Rodziców. A potem na dachu"
"na naszym dachu?"
"tak, yyy nie, nie u nas, tylko tam, u sąsiada na dachu, chodził"
"ahaaaa....a jak ten duch wyglądał?"
"był czarny, taki ogromny i nie miał ręków, ale miał nogi".
...WTF?...
Wierzyć Dziecku?
Ja uwierzyłam... czułam, że to nie jest całkowicie zmyślona historia...ta wielkość i brak rąk, to już było coś znacznie więcej, niż tylko wymyśl 2,5latka... może Mu się przyśniło, ale nie wydaje mi się.

Dzieci mają otwarty, prosty umysł, słyszą, widzą i wyczuwają więcej, niż my dorośli... Wyczuwa również pies, który burczy nocą bez bliżej określonego powodu.

Może mój Syn, także ma jakieś zdolności?

Wzięłam do siebie to, co Młody poważnie  rano powiedział... długo nie musiałam czekać...
Wieczorem Antonio dosyć wcześnie zasnął, a ja robiłam coś w pokoju...światła wszędzie były pogaszone. Zaczęłam się czuć jakoś dziwnie, jakby mnie ktoś obserwował? Za którymś razem wydawało mi się, że dostrzegłam coś ciemnego na korytarzu, koło kuchennych drzwi, w tym samym miejscu, co zawsze... pewnie mi się przywidziało. Po jakiejś dłuższej chwili, coś wymusiło na mnie uwagę, mimowolnie wyjrzałam na korytarz i ujrzałam ciemną postać; czyli ona jednak tam była, stała i obserwowała; chociaż nie wiem, kogo dokładnie, Małego, czy mnie, ani też tego, w jakim właściwie celu tu przyszla...ale w ogóle nie podobała mi się Jej wizyta.
Już chciałam wychodzić na korytarz, gdy nagłe odczulam niepokój, który zaczął się zmieniać w chaos i zamieszanie...Zjawa gdzieś znikła, za moment pojawiła się na początku korytarza przy drzwiach od zabudowy schodowej, potem na chwilę u Małego i znów koło kuchennych drzwi. Wracając z łazienki do naszego pokoju, zauważyłam Ją jeszcze ukradkiem przez ramię, zanim usiadłam na kanapie; stała przy oknie, by za moment zniknąć i stanąć ponownie na korytarzu, po czym rozpłynąć się w kuchni. I to był koniec.

Młody miał rację...i choć nie zdążyłam się przyjrzeć w tym chaotycznie szybkim przemieszczaniu, czy faktycznie nie ma rąk, mogę za to potwierdzić, że był czarny i niemalże sięgający sufitu.

Może zwykły przypadek, a może i Młody też ma w sobie to "coś" wyjątkowego🤔
Tego nie wiem...ale wiem na pewno, że w przyszłości będę mogła Mu uwierzyć, jeśli coś zobaczy, biorąc oczywiście na całość drobną poprawkę i czekając na kolejne niespodziewane nocne odwiedziny 😉👻

Zastanawia mnie tylko, czemu akurat ja?
Czemu właśnie w naszym domu i to akurat tylko na naszym piętrze jedynie?
Czemu zawsze podążają do kuchni i tam znikają? Bo to z zachodu na wschód?
Tego nie wiem i raczej się nie dowiem🤔

Ciekawa jestem, jak wiele osób ma takie, bądź podobne doświadczenia?
Jak wiele osób w takie rzeczy wierzy?
Choć obstawiam, że większości wydaje się to absurdalne i niedorzeczne, zmyślone.

Niemniej jednak, chciałabym usłyszeć to od Was 👍 podzielicie się? 😉👻💌



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dziecko "chowane wśród dorosłych"... czy wiecie, co to właściwie znaczy??? Nie nazywajcie proszę tak mojego Dziecka!

Tak właściwie, to co kryje się pod stwierdzeniem, że "Dziecko jest chowane wśród dorosłych"?🤔 Według mnie, to jedyne Dziecko w środowisku osób dorosłych; które mieszka zazwyczaj w domu wielorodzinnym, gdzie oprócz Rodziców, jest jeszcze Rodzeństwo któregoś z nich i Dziadkowie.  Czas spędza w większości w towarzystwie dorosłych krewnych, gdzie poza naturalnym kontaktem codziennym z Mamą i Tatą, zajmuje się nim także Ciocia, Wujek, Babcia, czy Dziadek.  Kontakt z innymi Dz iećmi jest sporadyczny, okazjonalny, typowo "urodzinowo/odwiedzinowy".  Dziecko ma bardziej uwidoczniony wzorzec  myślenia, funkcjonowania i sposobu  wypowiadania się dorosłego, niż dziecięcego. Nie w iem, jak dokładnie się to określa?🙄 Nawiązuje do tego, ponieważ już kilkukrotnie usłyszałam, że właśnie mój ponad 2,5letni Syn, jest chowany wśród dorosłych....a stwierdzenie to pada zazwyczaj tylko dlatego, że Młody dość płynnie mówi, ma duży zasób słów, odpowiada dość elokwe...

Czy wspaniała misja szerzenia Wiary i całkowitego poświęcenia się Bogu przez Siostry Zakonne, nie pozostawia jakiejś pustki w sercu i smutku? Czy faktycznie każda Kobieta gdzieś w głębi pragnie zostać Matką???

Dzisiejszy post powstał troszkę inaczej... postanowiłam zrobić coś nowego i spróbować odnaleźć się w przypadkowym temacie... sprawdzić, czy równie szybko i łatwo przyjdzie mi pisanie🤔 Dlatego poprosiłam znajomych, aby podrzucili jakiś pomysł na temat... Gosia jako jedyna mnie nie zawiodła 💚 co więcej, zastrzeliła swoim pomysłem😱 Nietypowym, może ciut kontrowersyjnym, a przy tym dość trudnym do ugryzienia...🤔 Nigdy nie musiałam i nawet się nad tym nie zastanawiałam... aż do dziś... Nie mam pojęcia i nawet nie mogę mówić, co ktoś tak naprawdę czuje, myśli i przeżywa...ani założyć z góry, że jest tak, a nie inaczej...jedyne, co mogę, to przypuszczać i się zastanawiać, bazując po części na swoich własnych odczuciach. Ze zbiegu wydarzeń w ciągu dnia, zrodziło się pytanie ❓❔ " Czy ja także sądzę, że Siostry Zakonne, które nie mogą mieć dzieci, muszą być mega smutne?" 🤔 Szczerze, to się chyba nigdy nad tym nie zastanawiałam... nawet wtedy, gdy zmęczo...